Jeśli wierzysz, że Ci się uda, że potrafisz, w większości wypadków rzeczywiście Ci się uda, to władza umysłu nad ciałem.

- Vernon Wolfe

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KASZUBY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KASZUBY. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 stycznia 2023

LECZENIE ZA POMOCĄ RYTUAŁÓW i MAGII


Odkrywam Kaszuby kawałek po kawałku. I tak pod samym nosem miałam prawdziwą perełkę a nie wiedziałam. Co prawda wiele razy byłam w Swołowie, zwiedzałam interaktywne muzeum (Muzeum Kultury Ludowej). Cudne było, ale nie wchodziłam do wszystkich zagród, bo cóż tam mogło być ? 


Błąd! Tam była, jakże ciekawa wiedza wygrzebana w różnych archiwach regionu.


Przyjechały moje wnuki, zatem trzeba było ruszyć głową i atrakcyjne ferie wymyślić. Dzisiaj była wycieczka do Swołowa. 
A tam prawdziwe skarby. Chłopcy zafascynowani procesem przetwarzania lnu, potem tkania - byłam w szoku. Ale prawdziwą furorę zrobiła chatka, w której zebrano i udostępniono materiały związane z leczeniem i magią. 



Dla mnie numer jeden jest to: 



Przecieranie twarzy chorego ręcznikiem, którym wcześniej wycierano zwłoki - odlot.  Jaką to trzeba mieć fantazję, aby coś takiego wymyślić?


Wszelkie choroby zadawały klątwami czarownice. Ale i na nie Kaszubi mieli sposób. Wystarczyła stara miotła przy drzwiach ( oczywiście miotła z witek brzozowych). Taka miotła moc odbierała czarownicy i nic domowi, ani jego domownikom zrobić nie mogła.



Swołowo jest wsią typu owalnicowego. Nazywane jest "Krainą w Kratę"


wtorek, 17 stycznia 2023

Tam, gdzie diabeł pieniądze suszy

 Mamy ferie. Odpoczywam . 

Nie ukrywam, że od dawna interesuje mnie folklor, a szczególnie okoliczne zwyczaje i obrzędy. Kiedy byłam mała, ojciec mi opowiadał różne historie, a w każdej bohaterem był kaszubski diabeł. Nazywano go różnie: czort, piekielnik, smolok, paskudnik, bies lub kaduk. Diabłów na Kaszubach było wiele, najsłynniejsze to Smętek i Purtek. Tego drugiego można było poznać po zapachu.

Diabły grasowały po Kaszubach. Były wysłannikami piekieł -straszne, wredne  ale można było je wykiwać. Czyli za mądre to one nie były.

Dzisiaj skupię się na jednej opowieści  o pieniądzach i diabłach ich strzegących. 


Kaszubscy bogacze zakopywali swoje pieniądze w różnych miejscach w obawie przed kradzieżą. Często podpisywali cyrograf z diabłem. W zamian za duszę diabeł - Skamżoch - pilnował bogactw. Zakopanie pieniądze często śniedzieją i niszczeją, toteż diabeł miał zadanie. Co jakiś czas suszył je. Skamżoch był diabłem wielookim, a każde jego oko w ciemności świeciło jako błędny ognik.  Kiedy pojawiały się ognie wydobywające się prosto z ziemi, pojawiały się również błędne ogniki na bagnach. Miały one zmylić i odciągnąć człowieka od skarbu. Widzi człek ogniki , myśli -"diabeł pieniądze suszy" idzie w ich kierunku i.... i zostaje wciągnięty przez bagna. Stąd kaszubskie przysłowie 'Czart pokaże złoto, a wciągnie w błoto"

 Można jednak było próbować przechytrzyć diabła i zdobyć skarb. 

Jak?  

Było kilka sposobów.

1. Kiedy zobaczy się ogień, należy śmiało iść w jego kierunku. Następnie zrobić znak krzyża i rozgarnąć ognisko. Ogień zniknie, a ukaże się ukryty skarb.

2. Kiedy zobaczy się ogień, trzeba rzucić w niego drewniak z lewej nogi. Bies przyniesie do domu but
i pieniądze. Na Helu  rybacy wrzucali prawy but, a diabeł napełniał go złotem.

Czart pilnie strzegł skarbu i miał przykazane, że nikt nie może go odkopać oprócz ręki właściciela. Jeśli rodzina wiedziała, gdzie nieboszczyk zakopał skarb, to miała sposób na jego wydobycie. Brano zwłoki w to miejsce i rękami umarłego wykopywano pieniądze. 

Jeśli nikt nie znał miejsca zakopania skarbu - ukryty jest do dziś.

Ciekawe, nieprawdaż? Fantastyczny materiał na film lub książkę fantasy albo horror


 



poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Zjazd mojego rodu

Wróciłam.
Akumulatory doładowałam na maksa. Czuję,że we mnie jest siła i ogromna moc. Głowa trzeszczy od nowych pomysłów. Znowu mam skrzydła u ramion i mogę fruwać.
Tak, a wszystko przez sobotnią imprezę.
Po dwudziestu latach zorganizowano zjazd naszego rodu,  właściwie części rodu, tylko ośmiu gałęzi, których wspólnym pra pra dziadem był Wojciech Jakub.
Cały tydzień lało, ale w sobotę , jak na zamówienie, była prześliczna pogoda. Pewnie nasi przodkowie się o to postarali, bo w niedzielę znowu lało.

Na zjazd przyjechało 304 krewnych bliższych i dalszych. Zjechali z całego świata, żeby się spotkać. W życiu nie przypuszczałam,że jeszcze będę mogła uścisakać moją kuzynkę, którą los wywiał daleko za ocen i której nie widziałam ponad trzydzieści lat. Boże.... ileż fantastycznej energii!

Wielki ukłon dla kuzynostwa, które zajęło się organizacją. Impreza na najwyższym poziomie. Po prostu majstersztyk. Wszystko przemyślane i dopracowane.

Witano nas uroczyście. Przemarsz po czerwonym dywanie, a co!





Na kolana powaliło mnie olbrzymie drzewo genealogiczne ( ponad 1300 nazwisk). Ogrom pracy, mnóstwo czasu, jeżdżenia, grzebania w papierach, zbierania dokumentów i wreszcie stworzenie ....  Rewelacja.


Były też inne gadżety: identyfikatory dla każdego, mapa, koszulki okazjonalne, naklejki - herb rodowy oraz tradycyjna rodowa nalewka w finezyjnych buteleczkach z ciekawą nazwą, wywodzącą się od pierwszego członu rodowego nazwiska oraz transparenty poszczególnych gałęzi. Były też pamiątki dla dzieciaków.

Zjazd obfitował w różne części programu - część oficjalna , czyli msza, odwiedzenie grobów. Potem przejazd do przepięknego hotelu. Tam posiłek ( jadła wymyślnego dostatek) w postaci bufetu szwedzkiego. Dla każdego coś dobrego.


 Potem wspólne zdjęcie. Ileż śmiechu było przy tym fotografowaniu, bo przecież było trochę luda i nie było tak prosto sfotografowac w jednym ujęciu. Fotografowi ustawiono drabinę, na którą się wspiął i dyrygował.

Po kilku godzinach każdy do ręki otrzymał kopertę formatu A4, a w niej fotka. Można? Można.






Kolejnym punktem była historia. I tutaj znowu szczęka mi opadła do kolan. Dogrzebano się do dokumentów z 1374 roku ( chyba tak jakoś). W życiu nie przypuszczałam,że moja rodzina miała jakiś związek z Gryfitami, a ściślej mówiąc z Bogusławem X. Normalnie jestem w szoku.

Potem prezentacja poszczególnych gałęzi rodowych- też fajne.
Wreszcie nadszedł czas na część rozrywkową. Tę otworzyły salwy z czegoś tam ( nawet nie wiem jak to się nazywa,ale huk , jak z armaty . To coś jest na zdjęciu), potem członkowie Bractwa Rycerskiego tańczyli - oczywiście tańce dworskie.
 Po tańcach przyszedł czas na pokaz walk rycerzy. Fantastyczna atrakcja.

Po kawie i cieście kolejne atrakcje, tym razem dla dzieci - warsztaty kaszubskie.






Zespół Kaszebe parezentował piosenki i tańce kaszubskie. Mnie najbardziej zachwyciły stroje, śpiew niekoniecznie. Następnym punktem - nauka piosenki i tańca  - nazwy tańca nawet nie powtórzę, bo nie potrafię.
Śmiechu , radości.... było tyle,że długo będę wspominać.

A wieczorem - zabawa do białego rana. Fantastyczny DJ- świetna muzyka, sceneria.... Po prostu odlot.




Wiem,że rodzina teraz nie jest w modzie. Wiem,że spotkania rodzinne raczej trącą myszką, a stare przysłowie mówi,że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu... Ale, jak się ma taką prawdziwą rodzinę, której zależy na pielęgnowaniu więzi, to można zorganizować wspólnymi siłami tak fantastyczne spotkanie. I chociaż było nas ponad 300, to było jeszcze za mało. Wspominaliśmy tych, którzy nie przyjechali, gdyż życie różne pisze scenariusze.

Naładowałam akumulatory, mam nadzieję,że na cały rok. Czuję w sobie taką moc, że mogę góry przenosić! Takie spotkanie rodzinne i powrót do korzeni było mi po prostu potrzebne.



sobota, 14 lutego 2015

Czary miłosne, czyli miłosna magia w wierzeniach ludowych

Dzisiaj mamy Walentynki, ŚWIĘTO ZAKOCHANYCH. Zatem dzisiaj, będzie o miłości, a ściślej mówiąc, o miłosnej magii, która przewija się w wierzeniach ludowych różnych regionów Polski i nie tylko Polski. 

Miłość jest cudownym uczuciem. Dostarcza szczęścia zakochanym, jeśli jest odwzajemniona i spełniona. Taka miłość uskrzydla, nadaje życiu sens. Nic dziwnego, że jest marzeniem niejednej dziewczyny i niejednego chłopca. Tak jest teraz, tak było kiedyś i tak będzie w przyszłości. Stąd, zapewne, niezwykła na przestrzeni dziejów, pomysłowość i zaangażowanie w rozwój miłosnej magii .  

Sposoby wspomagania miłości przez świat nadprzyrodzony były rozmaite, zaczynając od mikstur sporządzonych z ziół, naparów, wywarów, przypraw, płynów i kadzideł, olejków i talizmanów, a skończywszy na wyszukanych rytuałach, niekiedy drastytcznych i odrażających. 
Jakie rośliny były pomocne w magii miłosnej? 
Proszę bardzo, oto podaję cały wachlarz roślinnych propozycji: wonna werbena, fiołki, liście laurowe, bazylia, lawenda, jaśmin, róża,wanilia, lubczyk, gałka muszkatołowa, cynamon mirt, szałwia, kosaciec, rozmaryn, żen-szeń , korzeń irysa oraz pietruszka.




O zwyczaju zjednywania sobie ukochanego, ukochanej na Kaszubach, już wspominałam we wcześniejszych postach. Słomki z butów należało spalić, popiołem posypać potrawę ukochanej osoby, lub wsypać jej ten popiół do picia.
Na Śląsku uważano, że do posiłku  wybranego/ wybranej należało dodać, choćby kroplę własnej krwi i wypowiedzieć zaklęcie, typu:: „Jako ja nie mogę bez swojej krwi tak ty, chrzczony/a  mianowany ……. ( tutaj należało wymienić imię ukochanego, ukochanej)  nie możesz być beze mnie”. 
Inny śląski sposób polegał na przekazaniu wybranej osobie potu lub innych wydzielin. Tak też należało włożyć jabłko pod lewą pachę, trochę je ponosić, następnie podać upatrzonej osobie do zjedzenia. O zwierzętach, ich sproszkowanych sercach, kościach wkładanych pod poduszkę - pisać nie będę, wspomnę tylko, iż takowe rytuały też były na Śląsku. 
W praktykach miłosnych używano również wosku świecy, w której umieszczano włosy wybrańca. Taką świecę palono w czwartki. Miało to wywołać przypływ gorących uczuć u chłopaka.
Na Podlasiu i w świętokrzyskiem do dnia dzisiejszego działają szeptuchy. Czary miłosne są ciągle stosowane. Do ciekawszych należą:
·        Splatanie dwóch nici: jedną ze swojego ubrania, drugą z ubrania ukochanego ( nici mogły zastąpić włosy;
·        By wzbudzić miłość w sercu ukochanej osoby, należało zerwać o północy, w całkowitym milczeniu, ziele rumianku. Ziele to należało ususzyć, kolejno przewiązać czerwoną wstążką i zakopać podczas nowiu pod domem ukochanej/ego w miejscu, po którym często przechodzi.


Źródło
Inna magia miłosna  związana była z określonymi dniami. Ciekawostką jest, że motyw nocy świętojańskiej i kwiatu paproci występuje we wszystkich regionach Polski. Chodzi tutaj o  niewielką paproć rosnącą na wilgotnych łąkach - nasięźrzał pospolityBy zdobyć nasięźrzał, dziewczyna musiała porządnie poświęcić. Szła  nago i tyłem w noc kupalną do lasu o północy. Gdy już znalazła ziele wyrywała je, wypowiadając zaklęcie „Nasięźrzele, rwę cię śmiele, pięcią palcy, szóstą dłonią, niech się za mną chłopcy gonią!” Następnie smarowała się ową rośliną.
Szeptuchy miały również swoje sposoby na to, aby młodzieniec był stały w swoich uczuciach i dochował wierności swojej wybrance. Dziewczyna najpierw
Źródło
przygotowywała wywar z lubczyku, następnie dolewała wywar do jakiegoś płynu, napoju, np.herbaty i podawała ukochanemu do wypicia. Gdy ten, nieświadomy niczego pił, ona w myślach wypowiadała zaklęcie:
„Wypijże to ziele, wypijże nieboże! Uno przy kochaniu wiele dopomoże.
Byś mnie nie opuścił, do inszych nie chodził, żebyś mnie nie zwodził!”

Innym sposobem, by spowodować trwałość uczuć w mężczyźnie, to sadzenie niewiędnących kwiatów  w naczyniu z ziemią z odciskiem buta ukochanego.
Na koniec jeszcze kilka porad na miłosne czary i trwałość związku:
Źródło
·        Pierwszy pocałunek kochanków powinien się odbyć w nowiu księżyca.

·        Należy unikać mieszania kawy lub herbaty w filiżance partnera, bo można wywołać zamęt i kłótnie.
·        Do kawy należy najpierw wsypywać cukier, a dopiero później dodawać mleko – czynności odwrotne mogą oznaczać kłopoty w miłości.

·        Pająk wiszący nad łóżkiem dziewczyny – to informacja, że wybranek ją kocha. Dziewczyny nie należy bać się pająków i broń boże ich zabijać!






Mam nadzieję,że dostarczyłam trochę rozrywki. MIŁYCH WALENTYNEK.


czwartek, 12 lutego 2015

Śmierć, wieszczy i upiory - czyli zabobony na Kaszubach

     Dzisiaj będzie trzecia i ostatnia część poświęcona magii i rytuałom na Kaszubach. Mam nadzieję,że najciekawsza i jednocześnie najbardziej mroczna.
   
Źródło
Od czego zacząć? Zacznę od tego, że Kaszubi byli bardzo religijni i nie bali się naturalnej śmierci,  Była ona dla nich czymś zwyczajnym i koniecznym, była zwieńczeniem życia ziemskiego. Akceptowali ją. Wyrażali też ogromny szacunek dla zmarłego widoczny  w bogatej kulturze pogrzebowej. Niektóre zwyczaje pogrzebowe kultywowane są do dnia dzisiejszego.

    Śmierć na Kaszubach nie przychodziła cicho. Wręcz przeciwnie, wszyscy dookoła ją słyszeli: psy głośno szczekały, czasami wyły, inne zwierzęta były niespokojne, spadadały obrazy ze ścian, czasami zatrzymywał się zegar, pękały lustra, szyby w oknach. Śmierć czasami pukała w okna , bądź hałasowała na strychu.  Jej zwiastunem były również sny, np. wypadanie włosów, mięso.... Sam człowiek, po którego przychodziła śmierć, wyczuwał jej obecność. Wówczas żegnał się z rodziną i ze swoim inwentarzem.
     Nieboszczykowi zamykano oczy, gdyż wierzono, iż trupi wzrok ma moc zabijania. Do rąk wkładano różanieć, książeczkę i pieniądz. Czasami do trumny wkładano również ulubione przedmioty zmarłego, np. tabakierę.
     W chacie, do czasu pogrzebu, zatrzymywano zegary, zasłaniano lustra. Otwierano okna, aby dusza zmarłego mogła wylecieć. Ciało nieboszczyka obmywano i ubierano w tradycyjną długą, białą szatę, zwaną "śmiertelną koszulą", którą w pasie przewiązywano niebieską ( mężczyźni) lub różową wstążką (kobiety). Dorosłych chowano w czarnej trumnie, dzieci w białej.  Noworodki, które umarły, a nie zostały jeszcze ochrzczone zawijano w matczyny fartuch, wierząc,że dzięki temu, ich duszyczki nie zostaną potępione, a anioł ujrzy je i weźmie ze sobą do nieba. Chłopcom nadawano imię Adam, a dziewczynkom - Ewa.
   
Źródło
Najbardziej znanym kaszubskim obrządkiem była tzw. "pusta noc", która poprzedzała dzień pogrzebu. Ludzie całą noc czuwali przy zmarłym modląc się za jego duszę. Zwyczaj ten stosowany jest w niektórych miejscowościach kaszubskich do dnia dzisiejszego. Osobiście w takiej "pustej nocy" uczestniczyłam wiele lat temu.
Następnego dna trumnę zamykano i wynoszono ją przed dom ( zmarłego wynoszono nogami do przodu). Kondukt żałobny uformowany był także według określonej zasady. Na samym końcu szli najbliżsi zmarłego. Kobiety w ciąży nie powinny uczestniczyć w pogrzebie, gdyż to wróżyło bardzo krótkie życie ich ninarodzonym dzieciom.
     Ciekawym zwyczajem było tworzenie "korony śmierci". Korony tworzyło się  dla zmarłych panien lub kawalerów jako symbol niewinności, czystości i zaślubin ze śmiercią. Na początku wkładano je zmarłym na głowę, w późniejszych czasach wieszano w kościele.
Źródło
     Kaszubi śmierci się nie bali. Lęk wywoływały u nich zmory, upiory i demony.
Teraz zacznie się niezwykle mroczna część mojego tekstu.
   
Szczególne miejsce w kaszubskich wierzeniach miały diabły,  ale  człowiek nie był wobec nich bezsilny. Musiał tylko wykazać spryt i wywieźć czarta w pole. Kaszubom sprytu nie brakowało. Opisują to liczne legendy z tego regionu. Diabły miały swoje imiona, np.: Smętek i Purtek. Purtek odpowiedzialny był za nieprzyjemne zapachy, a Smętek za krzywdy, przemoc i wrogość.

Źródło
Nocą na Kaszubach rządziła "trupia ekipa", to znaczy, na świat wychodziły wszelkie zjawy, zmory, łopi i wieszczy. Wieszczy był odmianą wampira wstającego z grobu, który po zjedzeniu własnego śmiertelnego ciała powracał  w rodzinne progi, niosąc ze sobą śmierć i zniszczenie. Atakował wyłacznie krewnych.
     Kto mógł się stać wieszczym? Wierzono, że kandydatem na wieszczego mogło być dziecko "urodzone w czepku". Aby zapobiec przemiany w wieszczego "czepek" ( błonę płodową) palono, następnie sproszkowaną podawano dziecku razem z mlekiem matki.
     Na wszelki wypadek, kiedy ktoś taki zmarł, wkładano mu monetę w usta, na piersiach układano trzy krzyżyki strugane z osikowego drzewa. Obserwowano również nieboszczyka w czasie "pustej nocy", czy nie zdradza jakichkolwiek oznak życia. Wkładano mu do trumny kartkę z książeczki do nabożeństwa, na której nie było zapisanego AMEN, dorzucano mak, sieci rybackie itp... Niestety, czasami wieszczy budził się i powracał do życia. Sygnałem były wypadki śmiertene wśród krewnych wieszczego. Wówczas pozostawał tylko jeden sposób, bardzo mroczny i drastyczny . Trzeba było nieboszczyka wykopać, odciąć mu głowę łopatą i umieścić ją między nogami nieboszczyka ( jeśli pozostawiłoby się ją na swoim miejscu, mogłaby przyrosnąć). Ostatni przypadek takiego rytuału odnotowano na Kaszubach w połowie XIX wieku.

    Przerażenie na Kaszubach budził również łopi, czyli upiór. Działał podobnie do wieszczego: zjadał swoje ciało, potem powstawał z grobu.  Tylko ten upiór miał większy zasięg niż jego kuzyn,  wieszczy, zabijał całe wioski. Ponoć chodził od domu, do domu, a kto usłyszał jego głos, ten umierał.

Mornica, to kolejny demon budzący lęk wśród Kaszubów. Demon ten przybierał  postać starej brzydkiej baby i roznosił po wioskach zarazę.

Źródło
Zmorą dusicielką była zazwyczaj kobieta. Łatwo było ją zlokalizować. Jeśli w rodzinie było siedem córek - to najmłodsza, albo najstarsza była zmorą. Zmorą mogła zostać również dziewczyna za przyczyną swojej matki chrzestnej, o tym już pisałam. Dziewczyny te, raczej ,nie wiedziały o swojej nieszczycielskiej mocy. Zaraz po zaśnięciu ich dusza opuszczała ciało i zaczynała grasować po wsi. Potrafiła się zmaterializować i przybierać najróżniejsze postaci, np. zwierząt, owoców, słomy, trawy, piasku. Mogła nawet stawać się wiatrem. Gdy taka zmora dopadała człowieka, siadała mu na piersi i zaczynała go dusić. Była nbardzo uciązliwa.  Jeśli tym człowiekiem był niewierny kochanek - wysysała z niego życie. Zmory również dopadały zwierzęta.
    Kaszubi znaleźli sposoby na ustrzeżenie się nieprosznych gości. Trzeba było dobrze zabezpieczyć okna i drzwi. Obok łóżka ustawić buty w taki sposób, by wydawało się, że właściciel w nim nie leży, albo po prostu spać na brzuchu. Zmory siadały tylko na piersiach.
    Nocą na Kaszubach można było również spotkać duchy zmarłych. One jednak nie były groźne. O nich, zapewne, jeszcze kiedyś napiszę.
   
Źródło
Na zakończenie dodam, że wśród magicznych postaci, które budziły lęk, były też postaci pozytywne, np. ciotka Borowa - opiekuńczy duch lasów. Ciotka Borowa broniła człowieka przed czarownicami i błędnymi ognikami. Mogła jednak złych ludzi przemieniać, np. w jałowiec.


  




wtorek, 10 lutego 2015

Ochrona przed urokami - czyli zabobony na Kaszubach

Kto czytał poprzedni post, ten wie,że niektórzy Kaszubi posiadali magiczną moc. Potrafili rzucać uroki słowem i spojrzeniem, a także potrafili je odczyniać.  Dzisiaj będzie właśnie o urokach.

Matki drżały o swoje dzieci. Kolor czerwony miał zatrzymać uroki.

  •  Aby ustrzec córki przed urokami wplatały im we włosy czerwone wstążki. Czasami urok był silniejszy, wstążka nie pomogła. Dziecko było niespokojne, płakało, obficie się pociło. Wówczas wiadomo było,że zostało zauroczone.  
  • Należało je wówczas wykąpać dodając do wody 5 klusek ziemniaczanych. W tym samym czasie matka powinna zacząć wykonywać 8 różnych prac, żadnej nie kończąc ( zakładamy ,że ktoś inny kąpie to dziecko). Nie mam pojęcia dlaczego akurat kluski ziemniaczane, dlaczego pięć.... Nie doczytałam.
  • Inny sposób odczyniania uroku - to pieczenie placków w kształcie krzyża z dodatkiem zmielonych, rybich ości . Dziecko musiało je zjeść ( na pewno chodziło tutaj o starsze dzieci, nie o niemowlęta).
Oczywiście szkodzić można było również dorosłym, np nowożeńcom. Młodzi się pobierają, a tutaj jakieś rozdarte, porzucone serce chlipie i cierpi. A jeśli ma ową magiczną moc, może zaszkodzić takiej parze.Wystarczyło w jednej chwili, gdy ksiądz wiązał młodych stułą. potajmenie zamknąć  kłódkę na klucz. Albo trzeba było podkraść się do wozu, którym jechali młodzi do kościoła. W czasie, kiedy brali ślub, należało wyjąć źdźbło słomy i rozerwać je ( pod warunkiem,że młodzi na słomie siedzieli, hi, hi, hi... )

Kaszubi mieli również sposoby na miłość, na odwzajemnianie miłości. Zacznę od wzbudzania miłości.
Kochasz bez wzajemności. Starasz się, wychodzisz z siebie a tutaj ona/on nic. Płaczesz po nocach, spać nie możesz. A jest na to stary, kaszubski sposób.
Włóż do butów trochę słomy ( kiedyś nie mieli z tym problemu.... hi, hi, hi), no kilka słomek. Potem wyjmij je i spal na popiół. Popiół z owych słomek dosyp do jedzenia, albo picia osoby, która ma odwzajemnić twoje uczucia. Wypije, zje i zakocha się na umór! 100% gwarancji!


sobota, 7 lutego 2015

Odstarszanie złych mocy od matki i dziecka - czyli zabobony na Kaszubach

źródło
Kaszuby - region w północnej Polsce.
Przepiękne tereny: wzgórza, lasy, jeziora. Kto był choć raz, będzie chciał wracać ponownie. Region ten charkteryzuje się odrębną kulturą i językiem. Bogaty jest w najróżniejsze tradycje, obrzędy i przesądy.
Kaszubi - lud niezwykle pobożny. Jednakże w ich kulturze obok chrześcijańskich zwyczajów równolegle występowały zwyczaje pogańskie wywodzące się z kultuwody, ognia, ziemi, roślin i zwierząt. Kaszubi potrafili rzucać uroki i je odczyniać. Mieli swoją magię, swoje czarownice i swoje diabły. Mieli też własną medycynę ludową.

Temat zainteresował mnie tak bardzo, iż postanowiłam poświęcić mu cały cykl postów. Ciekawostki pochodzą z książki dr Nadmorskiego z 1892 roku zatytułowanej "Kaszuby i Kociewie".

Wszystko się zaczyna od dnia narodzin.

  • Położnica

Czasami zdarzało się, że rodząca miała problemy. Wówczas uważano, że to urok złej czarownicy. Trzeba było schwytać czarnego kota ( biedne kociaki, ja najbardziej lubię właśnie czarne) , zabić go, wyjąć mu serce i włożyć w gliniany dzbanek, który należało szczelnie zakleić gliną i powiesić w kominie. Serce zacznie usychać. Natychmiast zachoruje czarownica, która ów urok zadała. Serce uschnie - czarownica umrze. Straszne, nieprawdaż? Mam nadzieję,że nikt już teraz czegoś takiego nie czyni?

Matka, która już urodzi ( szczęśliwie) musiała jak najszybciej włożyć chłopską koszulę,żeby nikt na nią uroku nie rzucił.


  • Dzieci nowonarodzone
Noworodki dziewczynki zawijano w fartuch matki, aby w przyszłości były dobrymi gospodyniami. Chłopców wkładano pod stół, co wróżyło,że będą dobrymi gospodarzami. Potem trzeba było włożyć dzieciom w rączki różaniec, aby ustrzec je przed krasnoludkami ( te rzekomo miały moc przemiany dziecka).

Duże znaczenie miało pierwsz ubieranie dziecka. Ubieranie trzeba było zaczynać od prawej ręki, w przeciwnym razie dziecko będzie leworęczne.
Nie obcinano dziecku włosów do pierwszego roku życia, aby nie bolała je głowa, a paznokci, aby nie zostało złodziejem ( Już wyobrażam sobie te maleństwa podrapane do krwi. Pewnie związywali im rączki w beciku.... Tego nie doczytałam). Dopóki ndziecko nie zostało ochrzczone z jego domu nie wolno było niczego pożyczać, aby nie odebrać mu szczęścia.
Uważano również,że nieochrzczone dzieci, które nie mają medalika na szyi z kołyski może ukraść diabeł. I tutaj - uwaga, ciekawe - dziecko samo mogło się uratować przed porwaniem poprzez głośne kichnięcie.

Niezwykle ciekawe były rytuały związane z chrztem. Dziecko chrzczono krótko po urodzeniu. Podawało się je przez okno, aby uchronić przed krośniętami, czyli tymi krasnoludkami. Przy tym należało wypowiedzieć formułkę trzy razy: bierzemy niechrześcijanina, a przyniesiemy chrześcijanina. Po powrocie z kościoła również trzy razy należało powiedzieć: wzięliśmy niechrześcijanina, a przynieśliśmy chrześcijanina.
Ogromną rolę przypisywano rodzicom chrzestnym, którym nie wolno było myśleć o zmorach i innych dziwadłach w drodze do kościła. To, czy myśleli, czy też nie mialo się okazać w przyszłości, bowiem dziecko moglo stać się zmorą. Ha! To było zadanie dla chrzestnych, nie tak, jak teraz.... hi, hi, hi....
Przed wyjściem do kościoła na chrzest , roidzice chrzestni wkładali dziecięciu do poduszki różaniec i modlitewnik, aby było pobożne i pojętne. Po chrzcie wkładali pieniądze, aby było bogate.


piątek, 18 kwietnia 2014

Wielkanoc na Kaszubach

Każdy region ma swoje zwyczaje i obrzędy związane ze świętami, porami roku. Co roku przyglądam się innemu rejonowi.

W tym roku przyszedł czas na Kaszuby. W dzieciństwie miałam okazję uczestniczyć w świętach po kaszubsku. Niektóre zwyczaje pamiętam z opowieści ojca lub ciotek. Wszystko to jednak takie jakieś rozmazane, więc postanowiłam uporządkować i uzupełnić wiedzę na ten temat.



foto
Wyglada na to, że Wielkanoc na Kaszubach  w porównaniu z innymi regionami wypada bardzo mizernie pod każdym względem. 

foto
Kaszubi byli bardzo pobożni. Pościli przez 40 dni żywiąc się żurem i solonymi śledziami. Po 40 dniach owa potrawa stała się znienawidzona, a zatem Kaszubi urządzali jej huczne pożegnanie , zwane "pogrzeb żuru i śledzia" . Ceremonia odbywała się w sobotę rano. Rybę zatykano na gałązkach, a żur wylewano, najlepiej na pole nielubianego sąsiada.




foto
Kaszubi nie przywiązywali wielkiej wagi do pisanek. U nich funkcjonowały kraszanki, jajka barwione jednolicie w naturalnych barwnikach, jak: łuski cebuli, źdźbła trawy, buraki ćwikłowe, jagody, pokrzywa, kwiart kaczeńców, łupiny orzecha. Można było uzyskać barwy: brązowe, zielone, granatowe i bordowe.


Nie wykonywali również pięknych palm. Idąc do kościoła, zrywali gałązki wierzbowe. Nie wolno ich było wcześniej wnosić do domu, dopiero po poświęceniu. Gałązki - palmy wielkanocnej miały niezwykłą moc. Zatykane były zawzwyczaj za świętymi obrazami. Taka palma miała chronić domostwo przed nieszczęściem. Wcześniej, gospodarz gładził nią zwierzęta, aby były zdrowe przez cały rok. 
Po roku taka palma była palona, a popiół z niej stanowił lekarstwo - niestety, nie wiem na co, pewnie było uniwersalne. 

Święconka na Kaszubach to zwyczaj bardzo młody. Wcześniej nikt ze święconką nie chodził do kościoła. 
A śniadanie wielkanocne - najuboższe ze wszystkich regionów.
Tradycyjnie była to jajecznica na boczku. Ha! Dla nich - to było królewskie danie, zważywszy,że przez 40 dni jedli żur i śledzie. Obecnie wygląda to już inaczej. Podczas świątecznego śniadania jajko jest dzielone na tyle części, ile domowników siedzi przy stole.

Plik:Chrystus Frasobliwy, Bernardyni, Kraków.jpg
foto
Oto inne zwyczaje i obrzędy kaszubskie.
W Wielki Piątek, to dzień oficjalnego płaczu zwany Płaczebóg. Wedle przekazów Jezus płakał , to i ludzie w tym dniu płakać powinni. 
Młodzi chłopcy chodzą dookoła kościoła i kołaczą kołatkami. Tym kołataniem mają odstraszyć złe duchy od grobu Chrystusa.

W Wielką Sobotę, krótko przed liturgią, rozpalano ognisko, do którego wrzucano węgiel. Następnie rozżarzone węgle przenoszono do domu i rozpalano pod kuchnią -miało to zapewnić szczęście domowi. A popiół z tych węgielków spalonych w ognisku rozrzucano wokół domu, jako ochronę przed piorunami.

W wielkanocny poranek Kaszubi biegli do jeziora, albo pobliskiej rzeki, aby obmyć twarz. Ten obrządek miał zapenić im urodę, piękną cerę oraz chronić przed chorobami, szczególnie gardła i skóry. Idąc do wody  i z powrotem człek nie mógł rozmawiać ani oglądać się za siebie.

Matki przed rezurekcją kazały boso biegać dzieciakom po trawie, żeby się zahartowały i nie chorowały cały rok.

foto
W Wielkanocny Poniedziałek Kaszubi nie lali wody, ale "chłostali" się rózgami. Najczęśiej to były rózgi z jałowca. Chłopaki zbierali się przed domem panienek o świcie, następnie zakradali się i... po nogach... Za tę usługę żądali zapłaty w jajach. Rzekomo było to przekazywanie sobie sił witalnych przyrody. Osobiście przeżyłam taki dyngus. To wcale nie jest miłe i przyjemne dostać taką kłującą rózgą.

Wyobraźcie sobie,że intensywność "dyngusowania" świadczyła o powodzeniu, dlatego panny chętnie poddawały się temu rytuałowi i poddają do dnia dzisiejszego, gdyż zwyczaj ten przetrwał i ma się dobrze.
Wtorek po świętach był dniem rewanżu. W tym dniu  dziewczyny dyngusowały chłopaków.

Na Kaszubach chodził zając , który rozdawał dzieciom jajeczka - cukierki. Tylko dzieciaki musiały najpierw gniazdko dla zająca przygotować. 

Tak mało wiemy o zwyczajach naszego kraju. A są tak różnorodne, tak barwne, tak ciekawe. Szkoda by zginęły. Warto je ocalić od zapomnienia.






niedziela, 27 października 2013

Opowieść niczym z horroru

W człowieku jest coś takiego,że od czasu do czasu lubi się bać. Dlatego też sięgamy po horrory zarówno  na kartach książki, jak i filmy. Zjawiska paranormalne fascynują i podnoszą poziom adrenaliny. Z tego właśnie powodu Młodsza spędziła noc w kinie oglądając horrory. Opowiadała później z wypiekami na twarzy. Oj, troszkę nas to śmieszyło....

Teraz mamy filmy, a kiedyś?
 Ha! Ciągota do emocji strachu i dreszczyku była i wtedy. Wówczas opowiadano sobie niesamowite historie, który przydarzały się jednym, drugim, trzecim...

Opowiem dzisiaj historię, która przed wielu laty przydarzyła się mojemu stryjowi. Jest o na przeznaczona dla ludzi o mocnych nerwach.

Było to w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Zaraz po urodzeniu mojego ojca, babcia zachorowała na raka. Dziadek woził ją na leczenie do Niemiec. Zastawił cały majątek. Chciał ją za wszelką cenę ratować. Niestety babcia zmarła. Pozostały ogromne długi. Starsze dzieci, niektóre już dorosłe, postanowiły pomóc ojcu spłacić wierzycieli. Wyruszyli w świat w celach zarobkowych. Tak też zrobił mój stryj - najstarszy z barci, wówczas dwudziestoletni chłopak.

W jednej z pomorskich wsi było gospodarstwo. Bogate gospodarstwo. Gospodarze oferowali dobrą zapłatę za pracę . Niestety, okoliczni ludzie omijali ich z daleka. Krążyły opowieści o tym,że mają kontakt z diabłem, że niby cyrograf podpisali, że ich gospodarstwa dwa czarne psy z piekła rodem pilnują, itp. itd....

Kiedy usłyszał to stryj, to się roześmiał . Ot głupota i zabobony ciemnego ludu. Zgłosił się do owych gospodarzy. Musiał jak najwięcej zarobić, aby wspomóc ojca i rodzinę z długów wydobyć.
Chłopak był młody, zdrowy i pracowity, to szybko uznanie zdobył u swoich pracodawców i podwyżkę nawet dostał. Owe piekielne psy go polubiły, głaskać się dawały.

Minęło lato. Gospodarze zaproponowali stryjowi pracę nawet zimą. Było to na rękę młodzieńcowi, toteż zgodził się bez większego namysłu. Gospodyni nalegała, aby ze stodoły ,w której mieszkał latem, przeniósł się do domu. W domu zawsze cieplej. Poza tym gospodyni przygotowała mu kącik na strychu. Miał stryj teraz porządne łóżko, pościel, ciepłą pierzynę i stolik z lampką. Wieczorami  uwielbiał czytać. O czym mógł więcej marzyć? Przy tym zarabiał nieźle i utrzymanie u gospodarzy posiadał.

Przez pierwszych kilka tygodni nic się nie działo. Aż pewnej nocy obudziły chłopaka hałasy, dziwne odgłosy, jakby cichy brzęk łańcucha, kroki , szepty. Przy tym nagle chłodno się zrobiło. Pomyślał, że okno niedomknięte,więc wieje i pewnie jacyś lokatorzy nieproszeni weszli. Mimo tego tej nocy nie zmrużył oka. Rankiem zrobił obchód po strychu. Nic nadzwyczajnego nie znalazł. Uwagę jego zwróciła stara skrzynia z okuciami zamknięta na kłódkę. Podszedł bliżej, aby się jej przyjrzeć uważniej. Stała przy strychowym oknie. Była zakurzona. Nic szczególnego.
Następnej nocy sytuacja się powtórzyła. Jednakże odgłosy były jakby głośniejsze i wyraźniejsze. Stryja obleciał strach. Nasunął pierzynę na twarz i próbował przeczekać. Nad ranem wszystko ucichło.
Codex Gigas
Przygotował chłopak lampę, kij do obrony i czekał trzeciej nocy na dziwne zjawisko. Księżyc był w pełni. Oświetlał fragmenty strychu. Około północy powiało chłodem i rozległy się znane już stryjowi odgłosy. Zapalił lampę i ruszył w kierunku słyszanych dźwięków. Szedł w kierunku starej skrzyni z okuciami ustawionej pod oknem. Skrzynię oświetlał blask księżyca. Stryj zauważył leżącą na niej grubą księgę oprawioną w skórę. Podszedł bliżej. Z ciekawości otworzył księgę.  Przeczytał półgłosem w języku niemieckim coś w stylu " Siódma księga diabła". Włosy stanęły mu dęba! Na strychu rozległ się głośny brzęk łańcuchów. Powiało grozą. Stryj tak się przestraszył, że uciekł czym prędzej. Skierował się w stronę drzwi. Otworzył je. A tam stały dwa czarne psy i szczerzyły złowrogo zęby. Całą noc spędził w sieni. Następnego dnia wrócił do domu.

Opowieść ta może być super tematem do horroru, nieprawdaż?

Historię tę opowiadał mi ojciec i jego starszy brat. Jednakże ja postanowiłam sprawdzić u źródła. Pojechałam do owego stryja i zapytałam. On spojrzał na mnie surowo i powiedział:
- Tamten czas został wymazany z mojej pamięci.

A zatem potwierdzenia nie otrzymałam.


czwartek, 28 marca 2013

O zajęczym gniazdku

Wkrótce Wielkanoc. W tym roku jakoś nie czuję tych świąt.
Aż dziwne.
Postanowiłam obudzić się z letargu i wówczas ożyły wspomnienia. z dzieciństwa.

Kiedy byłam mała czasami święta wielkanocne spędzaliśmy na jednej z kaszubskich wsi u brata mojego ojca. Uwielbiałam tam jeździć. Tam było zawsze wesoło. Stryj miał sześcioro dzieci i ja.... To już niezła gromadka. Do nas zwykle dochodziła jeszcze o rok młodsza ode mnie kuzynka, którą dowoził drugi brat ojca.
W Wielką Sobotę dorośli kończyli przygotowania do świąt, a dzieciarnia,żeby nie przeszkadzała musiała dostać jakieś zajęcie.
Ciotka zwołała nas do sieni. Przyniosła najróżniejsze materiały papiernicze, słomę, jakieś sianko w woreczku.
foto z internetu
- Święta idą. Trza gniazdko dla zająca zrobić.
Ha! I zaczynało się wielkie twórcze szykowanie, plecenie, wycinanie klejenie. Każde dziecko miało zrobić własne gniazdko. Do najpiękniejszego wielkanocny zajączek najwięcej jajeczek miał włożyć. A to była najlepsza motywacja dla dzieci.
Taka praca trwała kilka godzin. Kiedy skończyliśmy, najstarsza z nas powiedziała:
- Teraz ustawimy gniazdka na stole od najstarszego twórcy do najmłodszego. Tak będzie sprawiedliwie.
Wszyscy się zgodziliśmy oprócz M, najmłodszej z nas. Ona poczuła się urażona,że jej gniazdko ostatnie będzie. Pewnie myślała,że najmniej cukierków- jajeczek dostanie. Chwyciła swoje gniazdko i pobiegła gdzieś do stodoły wykrzykując:
- Zajączek moje gniazdko znajdzie i do was już nie dotrze!
Przyznam ,że nie zrobiło to na nas żadnego wrażenia, bowiem wszyscy wiedzieliśmy,że  tym Zajączkiem są nasi rodzice. Ona najwyraźniej w owego Zajączka wierzyła.

Nadszedł czas zajęczych prezentów. Pobiegliśmy do sieni. A tam w każdym gniazdku kolorowe jajeczka. Nawet ów Zajączek jedno gniazdko nieustrojone dostawił i jajeczka do niego włożył. Dobiegliśmy każdy do swojego gniazdka, aby słodkości policzyć ( to, ile jajeczek było w gnieździe miało ogromne znaczenie - zwykle było po tyle samo). M pobiegła do stodoły. Wróciła ze swoim pustym gniazdkiem zapłakana. Nie pomogły tłumaczenia,że Zajączek nie miał czasu, że dla niej w sieni w owej nieustrojonej miseczce jajeczka zostawił.

Nie wiem dlaczego, ale to wspomnienie właśnie ożyło. Dziwne, bo w moim domu we współczesnych czasach  już nie robi się gniazda dla Zajączka, ba, moje dzieci tego zwyczaju nie znają.
Bo i sieni nie mieliśmy, bo i.....
I tak mi się trochę smutno zrobiło...
No cóż....
Ale w przyszłości kiedyś moim wnukom ....



piątek, 16 listopada 2012

Nie opuszczę cię aż do śmierci

Zawsze wzruszam się, kiedy uczestniczę w ceremonii ślubu, a młodzi składają sobie wzajemnie przysięgę małżeńską - że cię nie opuszczę...
Jednakże coraz częściej zastanawiam się, czy nie powinno się zmienić słów tej przysięgi. Zamiast "że cię nie puszczę aż do śmierci", powinno być "nie opuszczę cię aż do rozwodu"; albo "ślubuje ci wierność, dopóki nie spotkam kogoś atrakcyjniejszego..". itp.

Obserwując to, co się dzieje w dzisiejszych czasach i zestawiając to ze słowami przysięgi, zastanawiam się, po co ,właściwie, cokolwiek, komukolwiek ślubować, skoro zawsze można to zerwać.
A przy tych wszystkich zdradach, oszustwach, wzajemnym obrzucaniu się błotem tych, którzy jeszcze nie tak dawno czule patrzyli sobie w oczy i ślubowali sobie miłość po grób, człowiek zastanawia się, czy oby w ogóle "miłość do śmierci" istnieje, czy warto inwestować w małżeństwo i rodzinę.
Kiedy tak nachodzą mnie wątpliwości, przypominam sobie wówczas pewną historię. Gdyby nie fakt, iż przez wiele lat byłam jej obserwatorem - pewnie pomyślałabym,iż to niemożliwe, a jednak.

Bohaterem tej opowieści będzie mój stryj, starszy brat mojego ojca, nazwę go Aleks.

Aleks był blisko czterdziestki, kiedy poznał Helenę. Była młodsza od niego niemal o 18 lat. Jak mawiał, była to miłość od pierwszego wejrzenia. Kilka miesięcy później stanęli przed ołtarzem ślubując sobie miłość, wierność aż do śmierci.
Helena marną była gospodynią. Kwitła w niej raczej dusza artystki. Tkała piękne tkaniny, dziergała na drutach. Tworzyła piękne koronki. Ludzie drwili czasami z Aleksa, iż żonaty, a w gospodarstwie sam wszystko musi robić. On  gwizdał na to ludzkie gadanie. Kochał ją  i robił wszystko, aby była szczęśliwa i uśmiechała się.
Urodziła mu czworo dzieci.

Szczęście jednak nie może trwać wiecznie. Kiedy ich najmłodsza latorośl miała zaledwie 6 lat, Helena zachorowała. Chorowała krótko, tylko trzy miesiące, a może aż trzy miesiące. "Raczysko" zżerało ją od środka. Bardzo cierpiała. W tamtych czasach ( jakże nieodległych) nie znano czegoś takiego, jak hospicjum. Beznadziejne przypadki odsyłano do domu.
W ostatnich tygodniach życia mąż nie odstępował jej na krok. Chciał być z nią do końca. Umarła, a razem z nią umarła część jego samego.
Żałobę nosił prawie trzy lata. Siostry i bracia zaczęli go upominać, że tak nie można, że to, że tamto...
Dla świętego spokoju pozdejmował czarne tasiemki z ubrań.
Wszystkim się zdawało,ze Aleks powraca do świat żywych. dzieci ma przecież, gospodarstwo duże do obrobienia, trzeba o tym wszystkim pomyśleć. Ruszyły zatem swaty.
Stryj migał się,  wykręcał tak długo, jak mógł.
Był jakiś zjazd rodzinny, może jakaś uroczystość, tego dokładnie nie pamiętam, ale zjechała się cała rodzina około 70 osób do drugiego stryja. Wesoło było, jak zawsze zresztą, na takich przyjęciach. W pewnym momencie Aleks zakomunikował, że chce coś ogłosić. Wszyscy zamilkli. Myśleliśmy,że stryj poznał jaką babkę. Patrzyliśmy na niego z zaciekawieniem.
- Chcę wam powiedzieć, że kiedy umarła moja Helenka, złożyłem śluby czystości i zamierzam ich dotrzymać.
W pokoju zapadła cisza. Przerwał ją mój ojciec.
- Tobie chyba rozum odjęło... - nie dokończył, bo moja mama dała mu kuksańca łokciem w bok.
Taka cisza trwała jeszcze przez chwilę. Przerwała ją ciotka ( siostra ojca ), pytając:
- Komu kawę, komu herbatę?
Stryj ślubów dotrzymał. Wychował i wykształcił dzieci. Pożenił. Doczekał się wnuków. Przy okazji pochował wszystkich ze swojego licznego rodzeństwa.
Rok przed śmiercią odwiedziłam go. Długo rozmawialiśmy. Stryj był świetnym gawędziarzem. Przy tym miał zdolności krasomówcze. Uwielbiałam go słuchać, Kiedy moja wizyta dobiegała końca, stryj wyjął z drewnianej kasetki małą pożółkłą ślubną fotografię. Pogładził ją czule, następnie powiedział ( nie wiem czy do mnie, czy do swojej zmarłej żony)
- Niczego nie żałuję... .
- Wiesz, dziecko, nie boję się śmierci. Miałem piękne i długie życie. Teraz nawet czekam na nią. Bo widzisz - tutaj spojrzał na fotografię ślubną - śmierć mnie z żoną rozłączyła i teraz śmierć nas znowu połączy.

Umarł dwa lata temu wieku 90 lat.


niedziela, 9 września 2012

Więzi krwi



„Kiedy stajesz na rozstaju dróg i nie wiesz w którą iść stronę, wróć do korzeni” – nie wiem kto to powiedział, czy napisał. W obecnej chwili to nieistotne. Ważna jest moc tych słów!

Babci Agnieszki nigdy nie znałam. Nie zachowało się jej zdjęcie. Wiedziałam, że była matką mojego ojca i tyle. Ojciec nigdy jej nie wspominał, bo nie miał wspomnień. Umarła, kiedy był niemowlęciem. Jedyne, o czym kiedyś mówił, to że umarła trzymając go w ramionach. Ciężko jej było odchodzić. Zostawiła dziesięcioro dzieci, w tym niemowlę – mojego ojca.

Osierocone rodzeństwo połączyła niesamowita więź, miłość bratersko – siostrzana, odpowiedzialność za siebie wzajemnie. Motorem napędowym był właśnie mój ojciec, który nie zaznał matczynej miłości i dobroci. Siostry i bracia, chcieli mu to wynagrodzić. Trzymali się razem do końca swoich dni.  Tyle szacunku i miłości, tyle wzajemnego wsparcia było w tej rodzinie. Pielęgnowali te uczucia i więzi. Każde z nich założyło własną rodzinę. Zwykle były to rodziny wielodzietne  ( wyłączając mojego ojca – miał tylko mnie). Organizowali spotkania rodzinne: chrzty, komunie, rocznice, wesela. Zjeżdżali się wszyscy. A było nas trochę. Taka skromna uroczystość – lekko 100 osób. W organizacji pomagali wszyscy. Jeszcze uśmiecham się na wspomnienie tych imprez.
Potem spotykaliśmy się na pogrzebach.  Kilka lat temu umarł ostatni z rodu i rodzina  rozpierzchła się w różne strony świata.. Takie życie.
Dwa miesiące temu zadzwoniła do mnie kuzynka:
- Pomnik babci Agnieszki  się rozpadł. Rodzice nasi  pomarli, więc wnuki muszą się tym zająć. To nasz obowiązek. Co ty na to?
***
Jest nas spora grupa, zatem zrobiliśmy składkę, aby babci nowy pomnik wystawić.  Z tej to okazji zorganizowaliśmy zjazd kuzynostwa.  Przyjechali niemal wszyscy. Przyjechali ze swoimi rodzinami: dziećmi, wnukami.






Zaczęliśmy mszą za naszą rodzinę w małym zabytkowym kościółku ufundowanym niegdyś przez naszych przodków. Jest tam piękna barokowa ambona, na której widnieje oryginalny herb naszego rodu. Pierwszy raz go zobaczyłam.

Kościółek też zrobił na mnie ogromne wrażenie.
 A jeszcze większe, kiedy wypełniła go moja rodzina ok 60 osób. Czułam też obecność tych , co pomarli. Byli tam z nami .

Mszę celebrował kuzyn. Był bardzo przejęty. Kazanie , właściwie mowa, którą wygłosił do swoich poruszyła nasze serca. Pięknie mówił o losach naszej rodziny, o tradycjach, o miłości  i wzajemnym szacunku dziesięciorga rodzeństwa. Łezka w oku się zakręciła.
Potem poszliśmy na cmentarz i wreszcie nadszedł czas na nieoficjalną część – spotkanie przy kawie. Mieliśmy uczucie ,że towarzyszą nam ONI, że są zadowoleni, że tego właśnie chcieli.
***
Chłonęłam opowieści o mojej rodzinie niczym gąbka. Tak niewiele wiedziałam. Umówiliśmy się, że zapoczątkowaliśmy nową tradycję. Będziemy spotykać się co roku.

Wróciłam z tego zjazdu silna wewnętrznie. Dawno nie czułam takiej siły.