Jeśli wierzysz, że Ci się uda, że potrafisz, w większości wypadków rzeczywiście Ci się uda, to władza umysłu nad ciałem.

- Vernon Wolfe

wtorek, 25 sierpnia 2026

Kiedy kończy się pewien świat

 



Przyszedł w końcu ten dzień. A właściwie zostały jeszcze dwa dni.

Dwa dni i pożegnam się ze szkołą, w której zostawiłam 27 lat mojego życia. To bardzo dużo czasu. To tutaj dorastałam jako nauczycielka, rozwijałam się, rozkwitałam, podejmowałam wyzwania, realizowałam pomysły i robiłam rzeczy, z których do dziś jestem dumna.

To była szkoła, do której po prostu lubiłam przychodzić. Lubiłam spotykać ludzi, rozmawiać z nimi, wspólnie coś tworzyć, organizować przedsięwzięcia. Tliło się w niej życie. Była energia, radość i poczucie, że można na siebie liczyć.

A potem zmieniła się dyrekcja. I zmieniło się wszystko.

Z czasem szkoła przestała być miejscem, które dawało ludziom radość i poczucie bezpieczeństwa. Zaczęliśmy się od siebie oddalać. Ludzie zaczęli odchodzić. Najpierw dziewięć osób, potem siedem. W tym roku kolejni nauczyciele żegnają się ze szkołą, inni odchodzą na urlopy zdrowotne, jeszcze inni szukają dla siebie nowego miejsca.

W pewnym momencie po mieście zaczęła krążyć opinia, że z naszej szkoły nauczyciele po prostu uciekają. Podobno nawet pojawiły się ograniczenia w przyjmowaniu ich do innych miejskich szkół. Nie wiem, ile w tym było oficjalnych decyzji, a ile krążących opinii. Wiem natomiast jedno: jeżeli ludzie masowo odchodzą z miejsca pracy, warto zadać sobie pytanie – dlaczego?

Najbardziej boli mnie jednak coś innego.

Kiedyś szkoła była kolorowa. Jej ściany zdobiły prace dzieci. Dzieci cieszyły się, że ich rysunki, projekty i pomysły są częścią tego miejsca. Szkoła żyła ich twórczością.

Dzisiaj jest elegancka. Stonowana. Czarne ściany, gotowe dekoracje kupione w sklepie, piękne cytaty mające mówić o wartościach.

Tylko że czasami można mieć piękne ściany i jednocześnie bardzo puste wnętrze.

Przez ostatni rok bardzo trudno było mi tam chodzić. Zmuszałam się. Na szczęście miałam wspaniałą klasę i dobrych rodziców. Kiedy zamykałam drzwi swojej sali, świat trochę się zmieniał. Byli moi uczniowie, ich energia, pytania, pomysły, śmiech. Tam mogłam być sobą.

A potem trzeba było wyjść.

I jak najszybciej znaleźć się na powietrzu.

Czasami prowadziłam lekcje poza budynkiem tylko po to, żeby nie być w środku. Bo atmosfera tego miejsca stała się dla mnie przytłaczająca.

I wiecie co?

Wcale nie wydarzyło się tam ze mną nic strasznego. Otrzymywałam nagrody, byłam doceniana, spotykałam życzliwych ludzi. Nie mogę powiedzieć, że wszystko było złe.

A jednak coś było nie tak.

Może czasami nie trzeba mieć jednego wielkiego powodu. Czasami wystarczy przez lata obserwować, jak miejsce, które kiedyś dawało energię, powoli ją odbiera.

Wczoraj weszłam do szkoły.

Myślałam, że poczuję ścisk w gardle. Przecież za chwilę ostatnia rada pedagogiczna, ostatnie dni, pożegnanie z miejscem, w którym spędziłam 27 lat.

Nie poczułam niczego takiego.

Poczułam... radość.

Radość, że już nie będę musiała tam wchodzić.

I chyba właśnie wtedy zrozumiałam, że moja decyzja jest właściwa.

Zobaczyłam też, że moje koleżanki przygotowują mały kącik dla nauczycielek. Maleńkie pomieszczenie, które przez 27 lat było schowkiem na szczotki i wiadra dla sprzataczek. Mały, ciemny schowek prztoalecie chłopięcej. Teraz ma być miejscem, w którym nauczycielki ew mogą zrobić sobie kawę czy herbatę. Bo w sali nie wolno, a kantorki przeksztalcono w sale.

To tylko metr kwadratowy pomieszczenia bez okna i wentylacji.

Ale czasami taki jeden metr kwadratowy mówi o szacunku do człowieka więcej niż niejeden piękny cytat na ścianie.

I chyba powiem o tym na ostatniej radzie.

Bo można mieć nowoczesny budynek, designerskie dekoracje i piękne hasła o wartościach. Ale żadna szkoła nie będzie dobra, jeśli nie będzie w niej szacunku do ludzi, którzy ją tworzą.

Szkołę tworzą nie ściany. Nie dekoracje. Nie cytaty.

Tworzą ją ludzie.

Dlatego nie odchodzę ze smutkiem.

Odchodzę z poczuciem, że zamykam pewien rozdział.

Był to ważny rozdział. Piękny. Pełen pracy, pomysłów, sukcesów, przyjaźni, dziecięcego śmiechu i wielu niezapomnianych chwil. Jestem wdzuęczna 

Ale wszystko ma swój czas.

Teraz zaczynam zupełnie nowy etap życia.

Nie wiem jeszcze dokładnie, dokąd mnie zaprowadzi. Wiem tylko, że chcę znowu poczuć lekkość. Chcę mieć przestrzeń na pomysły, ludzi, którzy dają energię, i miejsca, w których można po prostu być sobą.

Po 27 latach zamykam drzwi tej szkoły.

I mam ogromną nadzieję, że za tymi drzwiami naprawdę rozwinę skrzydła.

Bo czasami odejście nie jest końcem.

Czasami jest początkiem.

wtorek, 11 sierpnia 2026

Miejsce , do ktorego nigdy nie chciałabym dotrzeć

Źródlo AI

 Gdzieś na dachu świata, w niedostępnych ostępach Tybetu, wznosi się góra Kailash – szczyt, który nie patrzy na mapy ludzkich ambicji, lecz na samą wieczność. Nie jest najwyższa w Himalajach, ale jej idealna, niemal piramidalna sylwetka zdaje się być dziełem nie przyrody, lecz obcej cywilizacji. Dla czterech wielkich religii Azji to pępek świata, tron bóstw i absolutne sacrum, którego żaden śmiertelnik nie ma prawa deptać.

A jednak próby były. Zuchwałość zachodnich wspinaczy ubiegłego stulecia boleśnie zderzyła się z granicami tego, co dozwolone. Choć chińskie władze w latach 80. i 90. oferowały pozwolenia na zdobycie góry, a słynny Reinhold Messner otrzymał nawet zaproszenie, by spróbować swoich sił, ostatecznie wszyscy oni cofnęli się przed gniewem natury i lokalnej wiary. Ci nieliczni, którzy podjęli realne próby wspinaczki lub podeszli zbyt blisko świętych ścian, wracali odmienieni – opowiadali o gwałtownych, niewyjaśnionych załamaniach pogody, nagłym paraliżu woli, a nawet głębokich psychozach. Mówiono o dziwnych halucynacjach, drganiach ziemi, poczuciu miażdżącej, obcej obecności i starzeniu się w oczach, jakby sama góra odrzucała intruzów za pomocą niewidzialnego, psychicznego pola siłowego. Kailash nie została zdobyta i najpewniej nigdy nie będzie; jej szczyt pozostaje nietknięty, strzeżony przez surowy lód i ludzki lęk.

U stóp tej mistycznej twierdzy rozciąga się niezwykły, dualistyczny pejzaż – dwa jeziora, które w wierzeniach Tybetańczyków są dwojgiem oczu samej góry.

Po jednej stronie lśni Mansarovar – krystaliczne, błękitne jezioro życia, symbolizujące słońce i czystość ludzkiego umysłu, w którego wodach obmywają się z grzechów pielgrzymi. Tuż obok, rozdzielone jedynie wąskim pasem żwiru, leży Rakschastal – jezioro śmierci i mroku, zasilane solanką, o złowrogiej, ciemnej toni, w której nie rodzi się życie. Miejscowi powiadają, że te jeziora to kosmiczne źrenice: jedno skierowane jest w niebo, szukając prawdy i boskiego światła, drugie zaś patrzy w głąb ziemi, zaglądając w najczarniejsze zakamarki ludzkiej duszy.

Kto zbliża się w te rejony, natychmiast traci poczucie bezpieczeństwa. Z każdą godziną rośnie dojmujące wrażenie, że nie jest się gościem, lecz obserwowanym. Z góry patrzy Kailash, a z dołu spoglądają jej wodne oczy. W tym zakątku świata człowiek uświadamia sobie wreszcie swoją małość – staje bowiem twarzą w twarz z czymś, co nie pyta go o zdanie, ale po prostu trwa, obojętne na jego zachwyty i próby podboju.

czwartek, 30 lipca 2026

Wodospad Salza

 Wodospad Salza – dzika perła Austrii

Wodospad Salza znajduje się w malowniczym regionie Styrii (Steiermark) w Austrii, wśród zielonych lasów, gór i krystalicznie czystych wód rzeki Salza. To miejsce zachwyca przede wszystkim naturalnym pięknem – turkusową wodą, skalnymi ścianami i spokojem, którego trudno szukać w bardziej zatłoczonych atrakcjach turystycznych.

Rzeka Salza jest jedną z najczystszych rzek w Austrii i słynie z niezwykłego koloru wody. Okolica przyciąga miłośników przyrody, pieszych wędrówek i fotografii. Szum spadającej wody, omszałe skały i górski krajobraz tworzą scenerię jak z bajki.