Ostatnio dużo myślę o tym, jaką energię wybieram na co dzień.
Bo świat jest dualny – to fakt. Widzę to w pracy, w relacjach, w sobie samej. Jest światło i jest cień. Jest miłość i jest lęk. I czasem mam wrażenie, że te dwie siły nieustannie sprawdzają, którą z nich nakarmię swoją uwagą.
Zastanawiam się, czy rozwój – jakikolwiek rozwój – w ogóle jest możliwy bez świadomego wyboru energii. Czy można pracować z ciałem, emocjami, z własną historią, jeśli w tle ciągle gra niepokój?
Coraz bardziej czuję, że nie.
Widzę to tak: kiedy skupiam się na wdzięczności, na zaufaniu, na tym, co dobre – coś się porządkuje. Jakby zapalić światło w pokoju. Nie walczę z ciemnością. Po prostu przestaję ją wzmacniać.
I może właśnie o to chodzi – nie o walkę, ale o wybór.
Bliskie jest mi myślenie, że ciało nie jest przeciwko nam. Ono nie psuje się „na złość”. Ono komunikuje. Szuka równowagi. Ma w sobie mądrość większą, niż często chcemy przyznać.
Może naszą rolą nie jest naprawianie siebie w panice, tylko wracanie do balansu z większą łagodnością?
Nie wiem wszystkiego. Mam swoje pytania, swoje momenty wahania. Ale jedno czuję coraz wyraźniej – kiedy wybieram miłość zamiast lęku, decyzje stają się spokojniejsze. A rozwój przestaje być walką, a zaczyna być drogą.
I chyba właśnie tę drogę chcę wybierać.
.jpg)

