Jeśli wierzysz, że Ci się uda, że potrafisz, w większości wypadków rzeczywiście Ci się uda, to władza umysłu nad ciałem.

- Vernon Wolfe

piątek, 17 lipca 2026

Cesenatico

 


Znasz to uczucie, kiedy ufasz przewodnikom (albo, o zgrozo, nowoczesnym asystentom AI!), jedziesz w „magiczne miejsce”, a na miejscu masz ochotę po prostu usiąść i zapłakać ze zmęczenia? No to usiądźcie wygodnie, bo mam dla Was opowieść o tym, jak dałam się złapać w podróżniczą pułapkę.


Zaczęło się od obietnicy. Piękny, historyczny kanał zaprojektowany przez samego Leonarda da Vinci. Włoska perełka, którą po prostu TRZEBA zobaczyć. No to ruszyliśmy z mężem z naszej spokojnej Cattolici w ten okrutny, lipcowy upał. Efekt? Stracony czas, potworne zmęczenie i wielkie rozczarowanie. Nawigacja nas prowadziła. Udało się znaleźć miejsce do parkowania. I.... Marsz w upale po wymarzone widoki.
Ten słynny, „malowniczy” kanał okazał się zwykłym, be rowem. Poważnie? W Polsce mamy dziesiątki piękniejszych rzek. Nasza Słupia ze swoimi dzikimi zakolami, zielonymi brzegami i naturalnym szumem bije to włoskie dzieło inżynierii na głowę. Do naszej natury temu czemuś jest po prostu nieskończenie daleko. Na dodatek krajobraz wokół wcale nie powalał – pośród zwykłych, brzydkich budynków stał tam wciśnięty jeden, samotny wieżowiec. Wyglądał tak komicznie i niedorzecznie, że aż przecieraliśmy oczy ze zdumienia.
Plaże? Owszem, ładne, ale dokładnie takie same jak u nas w Cattolici. Wielkie koło młyńskie na promenadzie? Też żadna nowość. Pełne rozczarowanie. 
Absolutnym hitem wyjazdu okazała się przerwa na kawę. Marzyło nam się coś chłodnego, więc usiedliśmy w marokańskiej restauracji i zamówiliśmy kawę mrożoną. I tu nastąpiła komiczna porażka. Pan kelner z dumną miną przyniósł nam... klasyczne, gorące espresso na jeden łyczek. Zszokowani patrzymy po sobie, a pan po chwili wraca i z uśmiechem stawia przed nami szklankę zimnej wody, prosto z kranu. Oto włosko-marokańska „kawa mrożona” w wersji zrób-to-sam!
Zamiast romantycznego uniesienia, dostaliśmy lekcję podróżniczej pokory, spocone ubrania i espresso popite kranówką.
Włoskie dolce vita bywa piękne, ale ta wycieczka utwierdziła mnie w jednym: nie wszystko, co reklamują w folderach, ma w sobie autentyczną duszę. Czasem największe skarby i najpiękniejszą naturę mamy pod samym nosem, w kraju. A do Cesenatico? Cóż, na pewno już nie wrócę.
Po powrocie postanowiłam jeszcze raz sprawdzić i co? GPS wyprowadził na na manowce. Pokazał nam kanał, ale nie ten, który chcieliśmy zobaczyć. Ach ta technologia.
Tutaj foto tego prawdziwego: 
https://share.google/images/MLtCCn5Q19x451s5H

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Jeśli nie jesteś posiadaczem konta google+ wybierz "nazwa/adres url" i wpisz swój nick lub imię. Trochę tak głupio rozmawiać z Anonimem.