Byłam na „Tramwaju zwanym pożądaniem” w NowymTeatrze i wciąż trudno mi jednoznacznie opisać to doświadczenie. To jeden z tych spektakli, które nie kończą się wraz z ostatnią sceną – zostają w człowieku, uwierają, wracają jeszcze długo po wyjściu z sali.
Nie mam żadnych wątpliwości: to przedstawienie jest zrealizowane mistrzowsko. Ogromna w tym zasługa reżysera, który poprowadził całość z niezwykłą precyzją i odwagą. Widać tu konsekwentną wizję – brak ucieczki w estetyzację, skupienie na emocjach, napięciu i relacjach między bohaterami. To teatr świadomy, dojrzały, który wie, co chce powiedzieć – i nie boi się tego powiedzieć wprost.
Gra aktorska zachwyca – jest intensywna, prawdziwa, momentami aż niewygodnie bliska. Aktorka wcielająca się w Blanche stworzyła postać niezwykle wielowymiarową – kruchą, zagubioną, balansującą między iluzją a desperacką próbą zachowania godności. Jej emocje były niemal namacalne.
Stanley w interpretacji aktora to czysta siła – fizyczna, dominująca, ale też niepokojąco autentyczna. To nie jest postać jednowymiarowa – bardziej żywioł niż człowiek, który budzi jednocześnie strach i fascynację.
Stella została zagrana bardzo subtelnie – jako ktoś rozdarty, uwikłany w zależność, próbujący utrzymać równowagę w świecie, który tę równowagę nieustannie niszczy.
Na osobną uwagę zasługują także role drugoplanowe – dopracowane, spójne, budujące wiarygodny świat przedstawiony. Każda postać miała tu swoje miejsce i znaczenie.
Ogromne wrażenie robi także scenografia – dopracowana, przemyślana, budująca klaustrofobiczną, duszną przestrzeń, w której bohaterowie są jakby zamknięci bez wyjścia. To nie jest tylko tło – to pełnoprawny uczestnik opowieści, który wzmacnia napięcie i podkreśla emocjonalny ciężar każdej sceny.
Historia opowiada o kilku dniach z życia Stelli, jej męża Stanleya i przyjeżdżającej do nich Blanche. Blanche DuBois to postać niezwykle złożona – zagubiona, żyjąca iluzją dawnej świetności, próbująca za wszelką cenę utrzymać resztki godności. Stella trwa pomiędzy – rozdarta między siostrą a mężem, wybierająca stabilność, nawet jeśli okupiona jest cierpieniem. Stanley natomiast jest siłą – brutalną, dominującą, momentami przerażającą.
I właśnie w tym zderzeniu światów – delikatności i brutalności, iluzji i rzeczywistości – rodzi się napięcie, które niemal fizycznie czuć na widowni.
Ten spektakl nie ucieka od trudnych tematów. Wręcz przeciwnie – wchodzi w nie bezkompromisowo.
Są wulgaryzmy, które nie szokują dla efektu, ale oddają prawdę relacji między bohaterami. Jest alkohol – obecny niemal cały czas, rozmywający granice, prowokujący konflikty, pogłębiający chaos.
I jest przemoc.
Nie tylko ta widoczna – w krzykach, agresji, napięciu – ale też ta najtrudniejsza, najbardziej druzgocąca: przemoc seksualna. Scena gwałtu nie jest tu jedynie fabularnym punktem – jest kulminacją narastającego napięcia, brutalnym przekroczeniem granic, które ostatecznie niszczy Blanche.
To moment, po którym nic już nie jest takie samo.
Finał spektaklu jest równie przejmujący. Trafienie Blanche do szpitala psychiatrycznego nie jest tylko „zakończeniem historii” – jest symbolicznym dopełnieniem jej drogi. Kobieta, która próbowała chronić się iluzją, zostaje ostatecznie pozbawiona wszystkiego – godności, bezpieczeństwa, własnej narracji o sobie.
Zastanawiająca była dla mnie także postać mężczyzny w czerwonym kapeluszu. Pojawiał się jak cień – nie do końca jednoznaczny, trochę jak symbol, trochę jak obserwator. Nie wiem, czy był uosobieniem zagrożenia, czy może wyrzutem sumienia, a może znakiem świata, który nieustannie patrzy i ocenia.
Spektakl miał swoją premierę w Międzynarodowym Dniu Teatru – i trudno o bardziej wymowną datę dla tak intensywnego wydarzenia. Po przedstawieniu rozdano nagrody, co tylko podkreśliło rangę i jakość tej realizacji.
Z jednej strony jestem zachwycona. To teatr, który działa dokładnie tak, jak powinien – porusza, zmusza do myślenia, nie pozwala przejść obojętnie.
Z drugiej strony – czuję opór.
Bo to nie jest teatr, który daje ukojenie.
Zawsze myślałam, że teatr – przynajmniej dla mnie – jest też formą ucieczki. Że przenosi mnie w inny, piękniejszy świat. Tymczasem ten spektakl przeniósł mnie gdzie indziej – w rzeczywistość ciężką, duszną, pełną napięcia.
I choć wiem, że to jego ogromna siła… nie jestem pewna, czy chciałabym przeżyć to jeszcze raz.
To był wybitny spektakl.
Ale też jeden z najbardziej bolesnych, jakie widziałam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeśli nie jesteś posiadaczem konta google+ wybierz "nazwa/adres url" i wpisz swój nick lub imię. Trochę tak głupio rozmawiać z Anonimem.