Był alarm.
Ktoś rozlał śmierdzącą, prawdopodobnie trującą ciecz. W kilka minut cała szkoła – około 800 dzieci – musiała opuścić budynek.
Zima. Śnieg. Marznący deszcz.
Trenujemy różne scenariusze ewakuacji. Nie „na papierze”, nie „dla procedury”, tylko naprawdę. W kilkadziesiąt sekund byliśmy na zewnątrz. Ustawieni. Policzeni. Sprawdzeni.
A potem staliśmy. Stalismy w tlimie innych klas.
Przyjechała straż pożarna. Policja. Służby działały profesjonalnie. Dyrekcja poleciła: proszę natychmiast zawiadomić rodziców, żeby odebrali dzieci.
I wtedy pojawiła się rzeczywistość.
Czym mamy zawiadomić tych rodziców?
Nie mamy telefonów służbowych.
W moim prywatnym telefonie nie mam kontaktów do wszystkich rodziców – wszystko zostało w szkole.
I właściwie… nie mam obowiązku mieć prywatnego telefonu do celów służbowych.
Gdybym miała telefon służbowy – pewnie byłyby tam numery. Gdyby system był przemyślany – istniałaby awaryjna ścieżka komunikacji dostępna poza budynkiem. Ale system zakłada coś innego: że nauczyciel „jakoś sobie poradzi”.
Na szczęście poradziłam sobie. Mam grupę rodziców. Napisałam jedno krótkie zdanie:
Alarm. Proszę przekazywać informację dalej. Trzeba natychmiast odebrać dzieci.
I wydarzyło się coś pięknego.
W pół godziny rodzice – moi cudowni rodzice – stanęli na wysokości zadania. Informacja poszła lawinowo. Przyjechali. Zorganizowali się. Dzieci zostały bezpiecznie odebrane.
To był moment, w którym zobaczyłam, jak ogromną siłą jest wspólnota.
Ale był też moment, w którym bardzo zabolało mnie coś innego.
Bo tu jest słaby punkt naszej edukacji. Taki, o którym nikt nie myśli, dopóki nie stanie na śniegu z małymi dziećmi pod opieką i bez narzędzi do kontaktu z ich rodzicami.
Nauczyciel nie jest głupcem.
On wie. On przewiduje. On reaguje. On jest empatyczny. I właśnie na tej empatii system jedzie od lat.
Ministerstwo zakłada, że nauczyciel „ogarnie”. Że zadzwoni z prywatnego telefonu. Że napisze z własnego pakietu danych. Że użyje własnych kontaktów. Że po godzinach. Że poza obowiązkami. Że z serca.
Bo przecież dzieci.
I tak – dzieci są najważniejsze.
Dlatego właśnie nie powinno się budować bezpieczeństwa szkoły na dobrej woli nauczycieli.
Po wszystkim dyrektorka nam dziękowała. Za organizację. Za spokój. Za profesjonalizm.
I dobrze. To było miłe.
Ale jeszcze lepiej byłoby, gdyby system był równie profesjonalny jak nauczyciele, którzy w nim pracują.
Nie chcę być bohaterką kryzysu.
Chcę być nauczycielką w bezpiecznie zaprojektowanym systemie.
Bo empatia jest siłą.
Ale empatia nie może być jedynym filarem państwowej edukacji.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeśli nie jesteś posiadaczem konta google+ wybierz "nazwa/adres url" i wpisz swój nick lub imię. Trochę tak głupio rozmawiać z Anonimem.