Są takie miejsca, do których jedzie się z myślą: „Zobaczymy, czy rzeczywiście są takie piękne, jak mówią”. Gradara okazała się właśnie takim miejscem. Już sama podróż z Cattoliki była świetną przygodą. Zamiast autobusu wybraliśmy turystyczną ciuchcię. Powiem Wam – czułam się jak dziecko w wesołym miasteczku! Wiatr we włosach, słońce nad głową i ten wakacyjny luz... Bilet w obie strony kosztował 10 euro i dla samej atmosfery tej przejażdżki było warto.
A potem... wystarczyło przejść przez średniowieczną bramę i nagle zrobiło się tak, jakby ktoś cofnął wskazówki zegara o kilkaset lat. Kamienne uliczki, domy tonące w kwiatach, maleńkie sklepiki pachnące lokalnymi przysmakami i restauracyjki, z których dochodził zapach włoskiej kuchni. Tutaj naprawdę nie trzeba się spieszyć. Najlepiej po prostu zgubić się w tych zaułkach i pozwolić, by miasteczko samo opowiedziało swoją historię.
Nad wszystkim góruje potężny zamek, który rozsławiła jedna z najbardziej tragicznych historii miłosnych we Włoszech – to właśnie tutaj, według legendy, rozgrywał się dramat Paola i Franceski, zakochanych uwiecznionych przez Dantego w „Boskiej Komedii”. Nic dziwnego, że Gradarę nazywa się miasteczkiem zakochanych. Jest w niej coś magicznego – może to stare mury, może cisza, a może świadomość, że przez wieki niewiele się tutaj zmieniło. Wejscie na zamek 10 euro.
Kiedy stanęłam na murach obronnych i spojrzałam na falujące wzgórza Marche, pomyślałam, że właśnie dla takich chwil warto podróżować. Gradara nie krzyczy, nie epatuje atrakcjami. Ona po prostu zachwyca. Powoli. Dyskretnie. I zostaje w pamięci na długo. Jeśli będziecie w Cattolice, koniecznie poświęćcie jej kilka godzin. Jestem pewna, że wrócicie z takim samym uśmiechem jak ja.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeśli nie jesteś posiadaczem konta google+ wybierz "nazwa/adres url" i wpisz swój nick lub imię. Trochę tak głupio rozmawiać z Anonimem.